środa, 15 kwietnia 2009

Wakacyjne plazowanie

Po dlugim oczekiwaniu wreszcie doczekalismy sie wymarzonej podrozy.
Juz na dwa tygodnie przed swietami pytano nas co bedziemy robic przez wakacje. Tak, tak - przez wakacje. Bo trzeba zaznaczyc, ze to jest wazniejsze niz tradycje religijne. Mimo, iz w niektorych miastach Meksyku odbywaja sie ponoc niesamowite pasje.

Za cel naszej wyprawy obralismy sobie Puerto Vallarta.
Dlugo dyskutowalismy nad kwestia wyboru miejsca do plazowania, zwlaszcza ze blizej od nas jest na pewno do Acapulco. Jednak sugerujac sie wskazowkami rdzennej ludnosci padlo na wybrzeze zachodnie. Co najciekawsze, wiekszosc osob, ktora zachecala nas do wybrania wlasnie tego miejsca nigdy tam nie byla. Rezultat - zostalismy skierowani do najbardziej luksusowej dzielnicy w calej okolicy, ktora nie pogardzilyby nawet gwiazdy Hollywood :) Nas jednak na takie luksusy jeszcze nie stac, wiec musielismy zadowolic sie miejscem dla zwyklych smiertelnikow.

Tym razem, wyruszajac w podroz, mielismy dwa postanowienia.
Po pierwsze nic nie robic, a zwlaszcza odpuscic sobie zwiedzanie i tym podobne.
Po drugie, zobaczyc plaze i wykapac sie w oceanie.

Oba cele zostaly zrealizowne w 100 procentach!

Zaczelismy od zjedzenia pysznego sniadania na plazy. Jako, ze czas byl swiateczny postanowilismy postawic na jajka i z menu wybralismy te najmniej ostre czyli "a la mexicana". Przepyszna mieszanka jajek, pomidorow, cebuli i jalapeños oraz tortilli nie byla wcale taka lagodna. Jednak w sam raz nadala sie na rozpoczecie egzotyczej laby.

Po sniadaniu zdecydowalismy sie na wystawienie na widok publiczny calej naszej bladosci.
Postanowilismy cos z nia zrobic wiec wysmarowalismy sie kremem z najmocniejszym dostepnym filtrem i rozlozylismy sie na recznikach. Wydawaloby sie, ze przy takim filtrze nic nas nie ruszy, jednak nastepnego dnia dotkliwie odczulismy wszystkie miejsca, o ktorych posmarowaniu zpomnielismy tj.: stopy i plecy.
Tym samym, nastepnego dnia roznilismy sie od otoczenia jeszcze bardziej, bo biel przeistoczyla sie w plomienna czerwien.

Jednak nie tylko karnacja roznilismy sie od pozostalych.
Glowna chyba roznica byl stroj plazowy. Otoz wiekszosc Meksykanow kapie sie w spodenkach i koszulkach, co zwazywszy na sile fal jest wytlumaczalne. Pare razy zostalismy prawie pozbawieni naszych strojow kapielowych...
To jeszcze nie wszystko, Roksane jedna fala wessala i wyrzucila na brzeg po uprzednim obdarciu jej uda na piachu az do krwi!



Na plazy najbardziej zadziwila nas natura. Wspomnielismy juz o sile fal. Najcudowniejsze jednak bylo obcowanie z pelikanami, ktore nawet wsrod turystow polowaly na ryby. Raz po raz nurkowaly dziobem w dol w celu schwycenia swoich ofiar. Ze wzgledu na szybkosc calej akcji trudno bylo uchwycic moment zanurzenia. Oto kilka probek.




Po przygodzie z falami juz tylko Pawel wchodzil do wody. Dzieki czemu ma kilka fotek ze swoich beztroskich zabaw.


Roksana koila bol najlepszymi drinkami swiata: MOJITO...



Na tym zdjeciu noga jeszcze cala a Mojito w reku. Moze to wcale nie przez fale, a mieszanke rumowo-sloneczna doznala pozniejszych obrazen...


No tak, wodne igraszki i alkohol gwarantuja poczucie glodu. To dlatego na plazach roi sie od sprzedajacych pieczone krewetki z limonka.


Taka przekaska nie zaspokoi jednak glodu wymeczonych sloncem i woda turystow. Trzeba bylo sie wybrac na poszukiwanie jakiegos miejsca obfitego w pieczone rybki i ceviche :)



Po obiedzie spedzilismy jeszcze kilka chwil na plazy i blakajac sie wsrod uliczek w centrum.
Postanowilismy tez wybrac sie nastepnego dnia na plaze na polnoc od miasta.
I bardzo szybko pozalowalismy naszego wyboru.
Na plazy w Punta de Mita zostalismy moze piec minut. Byla brudna, niezadbana i pelna rybich szkieletow. Nie zachecily nas nawet lodzie oferujace turystom wyprawe na poszukiwanie wielorybow. Zapach i wyglad calej okolicy byl odstraszajacy.
Kolejna plaza rowniez przeznaczona byla bardziej dla okolicznej ludnosci niz dla turystow. Zaskoczyla nas jakosc spedzania wolnego czasu przez Meksykanow. Po pierwsze nikt chyba nie mial recznika, wszyscy siedzieli na plastikowych krzeslach poustawianych wokol uginajacych sie pod ciezarem jedzenia stolow. Krzesla rowniez sie uginaly - te pod wplywem ciezaru jaki na nich przebywal. Calosc sprawiala nieprzyjemne wrazenie, ze wszyscy obecni przyszli sie tu tylko najesc i wziac udzial w konkursie "kto wazy wiecej". Po kapieli, przyjemnej ze wzgledu na mala ilosc osob w wodzie, bardzo szybko opuscilismy to miejsce i powrocilismy do znajomych plaz w centurm miasta.
Wprawdzie bylo juz popoludnie, ale spod parasoli, pod ktorymi rozkoszowalismy sie krewetkowymi fajitas i nachosami, rozciagal sie ponizszy widok.


Cala wyprawa byla bardzo udana. Wypoczelismy od pracy i Querétaro. Ludzi, wbrew pozorom, nie bylo duzo. Niektore plaze miejskie byly wrecz puste.
Jednak wyprawa ta nie konczyla sie tyko na plazy. Duza jej czesc spedzilismy w samochodzie, jako ze Puerto Vallarta znajduje sie jakies 9 godzin jazdy od naszego domu.
Te druga stone weekendowego wyjazdu opiszemy niebawem. Bedzie troche kulinarnie.
Zapraszamy

środa, 8 kwietnia 2009

Sprostowanie i inne opowiastki "ciurrigerismowskie"

Po pierwsze, wszystkich, ktorzy dali sie nabrac na prima aprillisowy wpis o zmianie fryzur serdecznie przepraszamy. Cieszymy sie jednak, ze zart sie udal i pare osob dalo sie nabic w butelke. Ponadto zapewniamy ze zadnych fotomontazy nie bylo. W obu przypadkach wystarczyly kucyki ;P

Po drugie, w najblizszym czasie, czyli przez swieta wybieramy sie nad morze na slynace z niesamowitej urody plaze. Znaczy to, ze zasilimy nasze foto-zasoby i znowu nabawimy sie zaleglosci. Aby tego uniknac, ponizej zamieszczamy opis troche juz zapomnianej przez nas wycieczki i tym samym "robimy czystki" w postach "do opublikowania".

San Miguel de Allende znajduje sie o jakas godzinke drogi od Querétaro. Znane jest zwlaszcza z pieknej starowki z wybijajacym sie ponad nia kosciolem - symbolem miasta. San Miguel, jak wiele innych pobliskich miejscowosci, znajduje sie na liscie Unesco. Niewatpliwie zasluguje na to wyroznienie.

Po pierwsze jest to miasto kosciolow. Co rusz natrafialismy na kolejna swiatynie i to rozniaca sie znacznie od poprzednich. Od mniejszych przez wieksze; barokowe i w stylu "churrigerismo"; czerwone i biale - wszystkie zachwycajace. Chociaz oczywiscie najpiekniejsza jest Parafia San Miguel Arcangel widoczna z najdalszych zakatkow miasta.







Po drugie, San Miguel jest miastem uznajacym wszelkie srodki transportu. Nie dziwi tu widok ani policjanta na koniu, ani widok bardziej nowoczesnych pojazdow - jak ponizej...



W koncu, miasto jest wymarzonym miejscem dla spacerowiczow. Urocze, waskie uliczki w pastelowych kolorach odkrywaja przed zwiedzajacymi prawdziwy charakter Meksyku. Szczegolnie ujely nas zadbane balkony z typowymi tutejszymi donicami zdobionymi wzorami slonecznikow i kalii.



Od czasu do czasu uda tez sie spotkac prawdziwego kowboja :)



Konczymy obietnica zalaczenia kolejnych, tym razem bardziej plazowych zdjec, juz wkrotce.
Paa

środa, 1 kwietnia 2009

Zmiany

No i przyszlo lato.

Temperatury siegaja juz 30stopni i w poludnie troche tu ciezko wytrzymac.

Poza obowiazkowym zakupem krotkich spodenek i sandalow postanowilismy postapic troche drastyczniej.

Obcielismy sie - oboje.

A oto rezultaty - moze niezbyt artystyczne zdjecia, ale zapewniamy, to najlepszy sposob na upaly.

Polecamy!!!




czwartek, 26 marca 2009

Nowy wspollokator czyli Bestii cd...

Ponoc rodziny sie nie wybiera. Przyjaciol odwrotnie.
My mielismy sie przekonac ze nie zawsze wybiera sie wspollokatorow, zwlaszcza tych nieodpowiednich.
A wszystko zaczelo sie tak niewinnie od powrotu do domu. Niczego sie nie spodziewajac wrocilismy z pracy i zobaczylismy na scianie jakis cien. "O, patyczak" pomyslalam.
Jednak cos w kosciach musialo mi podpowiadac, ze to chyba nie to, bo troche ociagalam sie z podejsciem do miejsca mojego zainteresowania.
Wkrotce potem, jak przeszedl mi wstepny paraliz, po domu rozniosl sie krzyk "Paaaaaweeeel, dawaj no tu aparat". Przyszedl bez aparatu, ale jego mine warto bylo zobaczyc...
Szybko sama czmychnelam po sprzet jednak nie odwazylam sie podejsc zbyt blisko, wiec po wspollokatorze, pozniej bestialsko zamordowanym przez Pawla, pozostal nam tylko niewyrazny slad w postaci niniejszego zdjecia. I trauma - przed spaniem 3 razy sprawdzalismy lozko czy czasem sie tam cos nie gniezdzi, a dzis zaopatrzylismy sie w srodek skorpiobojczy.

Co najciekawsze nasza historia nikogo nie zdziwila, wrecz mamy cieszyc sie faktem, ze nasz nowy kolega byl duzy i ciemny, bo to oznacza ze byl samotnikiem i tylko chowal sie przed cieplem w chlodnych miejscach. Gdyby tak trafil nam sie mniejszy i jasny bobas, to pewnie przyprowadzilby ze soba opiekuncza mamuske i rodzenstwo, a wtedy bez dezyfekcji mieszkania by sie nie obeszlo...


Co najsmieszniejsze nasza historia przypomina conajmniej te o UFO. Tzn kazde z nas pamieta to zjawisko inaczej, Mnie bestia objawila sie jako czarny wielki pajakowaty stwor, Pawel pamieta ja jako jasnobrazowego wlochatego robala. Jak kiedys uslyszycie o polmetrowym gadzie to pewnie bedzie chodzilo dokladnie o to samo :P

A na koniec krotko o statystykach - w Meksyku istnieje 20 gatunkow jadowitych skorpionow. Jak sie zawezma to rocznie potrafia pokasic 200 tysiecy razy!
W zwiazku z powyzszym prosze o jakas koronke w naszej intencji!!!

Podpisano - wystraszeni.

niedziela, 15 marca 2009

Michoacán

Pierwszy weekend odwiedzin naszych gości spedziliśmy zwiedzając sąsiedni stan Michoacan. Byliśmy juz tu wcześniej szukając motyli w górach. Tym razem wybraliśmy sie do stolicy stanu - Moreli oraz nad polecane przez Meksykanów jezioro Patzcuaro.

Morelia okazała sie miastem innym niż te, które dotychczas widzieliśmy w Meksyku. Brakowało tu żółto - bordowych barw, placyków z drzewami udającymi parasole przeciwsłoneczne. Starówka Moreli przypominała bardziej stare europejskie miasta niż te kolorowe meksykańskie.



Spędziliśmy tu pare godzin, a następnie pojechaliśmy szukać noclegu nad jezioro. Zanim jednak udało nam sie wyjechac z miasta, spedziliśmy troche czasu na zakorkowanych ulicach podziwiając tutejsze pojazdy. Niestety czesto widać tu auta w takim stanie.


Patzcuaro to bardzo popularne miejsce wypoczynku Meksykanów, ale niestety nie z powodu kąpielisk. Tutejsze jeziora nie nadają sie do plywania bo jest podobno niebezpiecznie (wiry, trujące rośliny), a woda brudna. Atrakcją jeziora Patzcuaro są wycieczki statkiem na wyspę Janitzio.


Na szycie wyspy znajduje sie potężny pomnik Morelosa, ale żeby sie tam dostać trzeba przebrnąć przez niezliczoną ilość straganów. Dla nas nowością był stragan, na którym serwowano drinki. Skusilismy sie na 'Margarite' czyli tequilę z sokiem i ogromną ilością soli (nie polecamy:) .

Innym lokalnym przysmakiem są małe rybki usmażone w całości w panierce.



Poza wyspą ciekawa była podróż łódką, bo mieliśmy okazje zobaczyć jak bawią sie Meksykanie. W Meksyku na każdym kroku widać temperament latynosów - śpiewają, tanczą i imprezują gdzie sie da. Na łódce w zabawie pomagał zespół lokalnych grajków.



Dla tych którzy chcą posłuchać meksykańskiej muzyki ludowej załączany linka do teledysku . Utwór "Ale mnie boli" (jak tego słucham:)
http://www.youtube.com/watch?v=r5xefHdez3o

sobota, 28 lutego 2009

Mexico DF

Dzis nie bedzie chronologicznie. Zamiast nadrabiac zaleglosci postanowilismy narobic sobie "ogonow" i pozniej wrocic do przeszlosci. Lepiej opiszemy ostatnie wydarzenia. A wszystko dlatego, ze ostatnio duzo sie dzialo...

Wreszcie, po paru ladnych miesiacach pobytu w Queretaro odwiedzili nas pierwsi goscie. Dzieki nim mielismy cale dwa weekendy wolne i moglismy cieszyc sie piekna pogoda.

Ponadto, wreszcie odwiedzilismy stolice Meksyku i moglismy w realu skonfrontowac wszystkie zaslyszane opinie o tym miescie.

Przed wyjazdem nasluchalismy sie niemalo opowiesci o tym jak bardzo niebezpiecznie jest na miejscu, ilu ludzi dziennie porywaja, o tym ze w metrze kradna i o tym ze taksowek lepiej nie uzywac... Juz w piatek w nocy mielismy sie przekonac, ze nie jest wilk taki straszny jakim go maluja.
Nasi kompani: Kinga i Michal pojechali do Mexico juz w piatek rano i zajeli sie zorganizowaniem noclegow. My, jako mlodziez pracujaca, mielismy do nich dolaczyc wieczorem po odbyciu normowej dniowki oraz odbyciu pierwszej podrozy autokarowej do Meksyku (o wyjezdzie autem nie bylo mowy).
Niestety zalapalismy sie na autokar dosc pozno i dzieki temu moglismy sie karnac metrem o 23-ciej. Metro jak metro. Straszniej niz gdzie indziej nie wygladalo. Podczas gdy jedno z nas z zaciekawieniem ogladalo gumowe opony kursujacych tam pociagow, drugie uwaznie obserwowalo zblizajacych sie ewentualnych przestepcow. Zaden jednak nie odwazyl sie podejsc do tak dziwacznej pary. W zamian za to licznie przechodzily obok dzieci w wieku ok. 10 lat sprzedajace orzeszki lub co tylko sie da, oraz osoby ktore dawno juz przekroczyly wiek emerytalny (przypominam - bylo przed polnoca!).

Po 2 przesiadkach dojechalismy do centrum i juz w pierwszych chwilach po wyjsciu ze stacji zabralismy sie do zwiedzania. Wyszlismy bowiem u stop katedry, ktorej potezny gmach wznosi sie nad rynkiem glownym. Jako, ze bylo pozno, pedem ruszylismy do hotelu, aby rozpoczac zwiedzanie stolicy jak najwczesniej z rana.

Sobota zaczela sie leniwie, na dlugim sniadaniu w srodmiejskiej knajpce. Dlugim zwlaszcza przez obsluge :) Ale po sutym posilku ruszylismy w strone Torre Latinoamericana, z ktorej roznosi sie widok na cala panorame miasta. Mielismy sprawdzic czy faktycznie warstwa smogu, o ktorej tyle opowiadal Cejrowski, faktycznie jest widoczna golym okiem. No i po uwaznej obserwacji stwierdzilismy, ze jest to troche przesadzone, choc faktycznie dalo sie wychwycic szara niby-mgle nad miastem...

Ponizej uczestnicy wyprawy przed wjazdem na wieze oraz widok z gory na Palacio de Bellas Artes.




Glownym celem sobotniego zwiedzania mialo byc muzeum antropologii, dlatego tez tuz po zarejestrowaniu panoramy miasta skierowalismy sie do parku Chapultepec, w ktorym owe muzeum sie znajduje. Planowalismy zwiedzic muzeum z przewodnikiem, jednakze w srodku i juz po skasowaniu biletow, nie udalo nam sie zadnego znalezc. Moze to i lepiej, bo ten pewnie przeprowadzilby nas tylko po najwazniejszych eksponatach, a tak moglismy ogladac do woli niezliczone ilosci waz, masek i figurek. Z drugiej strony, takie dociekliwe zwiedzanie zmeczylo nas bardzo jeszcze przed wejsciem do sali Aztekow...

Z najciekawszych eksponatow: para figurek o blizej nieokreslonym przeznaczeniu,


rekonstrukcja swiatyn Majow,

Bóg wody

no i najbardziej oczekiwany przez nas eksponat: Kamien Slonca, z goscmi na pierwszym planie :)


Po wyczerpujacym zwiedzaniu postanowilismy cos przekasic. Przedarlismy sie metrem do centrum miasta, jednak po wyjsciu na lad okazalo sie, ze... pada. Puscilismy sie pedem do wczesniej wyprobowanej restauracji argentynskiej w celu spalaszowania przesmacznej parilli i wypicia czerwonego, niestety hiszpanskiego, wina.

Deszcz pokrzyzowal nam troche plany poniewaz czesc popoludnia spedzilismy na suszeniu ciuchow. Wieczorem jednak udalo nam sie powalesac po miescie i zajrzec do Katedry gdzie akurat odbywal sie slub.

Reszte zwiedzania zostawilismy na nastepny dzien. Zaczelismy od zajrzenia do Palacio Nacional, gdzie znajduja sie freski Diego Rivery. Oto namiastka:

W tle tego fresku widac jezioro, na ktorym powstala osada "matka" Miasta Meksyk. Dzis po jeziorze w centrum nie ma sladu. Widac jednak spadek po mulistym dnie jeziora - wiekszosc budynkow, w tym katedra oraz polozone obok ruiny Templo Mayor, sa poprzekrzywiane w kazda strone jakby byly osadzone na falach.

Kazdy chetny, za drobna oplata, moze w poblizu katedry wypedzic z siebie zle duchy z pomoca Indianina - szamana... Widac kosciolowi nie przeszkadzaja poganskie obrzedy uprawiane pod ich nosem.

Sciana czaszek w Teplo Mayor (tu troszke widac wspomniane krzywizny).


A na zakonczenie dnia, po pozegnaniu sie z Kinga i Michalem, ktorzy kontynuowali swoj pobyt w bardziej odleglych krainach, pojechalismy do Sanktuarium Guadalupe. Przy bazylice jak zwykle znajdowaly sie tlumy pielgrzymow oraz... sprzedawcow, ktorzy w naplywajacych tu masach widza czysty biznes. Ciekawostka w nowej bazylice (postawionej obok starszej, ktora nie miescila wiernych) to taka automatyczna tasma, na ktorej stawalo sie w celu zobaczenia swietego obrazu. Tym sposobem Meksykanie rozwiazali problem kolejek i przeciskania sie pod obraz. Stojac na takiej tasmie ma sie tylko pare chwil na spojrzenie w gore i ewentualne zrobienie zdjecia. Chetni do dokladnych ogledzin obrazu powtarzaja operacje stawania na tasmie kilkukrotnie.
I znowu kolejny przyklad symbiozy wierzen wspolczesnych i tradycji indianskiej - ludowe tance tuz pod bazylika.

Inny przyklad - jak zarobic pare groszy na pielgrzymach. Kilka symboli meksykanskich takich jak flaga, osiolek, sombrero, Matka z Guadalupe w polaczeniu z jednym symbolem polskim (zdjecie Jana Pawla II) to gotowa sceneria do pstrykania fotek pamiatkowych chetnym przechodniom...


Niestety, ze wzgledu na brak czasu, nie udalo nam sie zwiedzic wszystkich atrakcji Mexico City. Sa jednak jeszcze szanse na powrot, w koncu to tylko 2,5 godziny drogi...

czwartek, 5 lutego 2009

Krotka rozprawka na temat BESTII

BESTIE
Meksykanskie bestie dziela sie na dwie kategorie: ludzi i zwierzeta.

Do pierwszej kategorii zaliczyc nalezy przede wszystkim SASIADOW.

Cechy jakie przejawiaja bestie kategorii 1 to :

- po pierwsze mitomania. Raz tylko zdobylismy sie na odwage by porozmawiac z tymi nieobliczalnymi osobnikami. Dowiedzielismy sie wszystkiego o ich przybytku. Zeby nie zanudzac to w skrocie – maja wszystko, a jak nie maja to mieli albo wlasnie planuja miec. I tak - gniezdza sie w klitce przedstawionej ponizej (gdzie faktycznie mozna znalezc wszystko - co widac na zdjeciu) gardzac domem, ktory wraz ze zwierzetami roznych gatunkow i ras posiadaja w Mexico City. Moze i jest to prawdopodobne, na co wskazuje cecha druga.






- cecha druga – pozostawianie zwierzat bez opieki na miesiac. Nie wiem jak mozna byc tak okrutnym by skazac tak nieswiadome zwierzeta na ponad miesieczna samotnosc. Tym bardziej, ze jesc moze i ktos im dawal (no bo po miesiacu ciagle zyly), ale nikt po nich nie sprzatal (to rowniez na zdjeciach dobrze widac).

Cechy bestii kategorii nr 2:

- po pierwsze : zaburzenie wszelkich proporcji. No bo jak mozna miec leb rowny polowie tulowia???


- po drugie: wrodzona tepota. Jesli istnieja glupsze zwierzeta od psow rasy Chihuahua to musza zamieszkiwac tereny dzikie i nieodkryte (na jakiejs zasadzie Paris Hilton dobierala sobie towarzysza zycie, nie?)

- po trzecie niedorozwoj strun glosowych. Bestie powinny charakteryzowac sie glebokim, straszliwym i wprawiajacym w przerazenie glosem (tudziez szczekaniem). Tymczasem u bestii kategorii 2 zanotowano tylko proby wydobycia z siebie takowych odglosow. Wniosek: zaburzone proporcje spowodowaly ulomnosc w wydawaniu dzwiekow. Jedynym dzwiekiem mozliwym do odtworzenia jest wysoki, klujacy w uszy pisko-jek powodujacy u ludzi ataki histerii,wscieklizny lub depresji.



- po czwarte: zaburzony harmonogram dnia. Bestie, jak przystalo na prawdziwe osobniki tej kategorii badawczej, wykazuja tendencje do zycia nocnego. Tak jak wszelkie inne gatunki tej kategorii (wampiry, nietoperze itp) za dnia odpoczywaja, a w nocy staja sie furiatami. I tak przez caly okres nieobecnosci ich wlascicieli bestie nie pozwalaly na sen mieszkancom okolicznych domow, doprowadzajac ich do rozpaczy lub w gorszych przypadkach do przemeblowan lub przeprowadzek (do innych, bardziej oddalonych pokoi). Przyczyną takich zachowan ludzi, wchodzacych w interakcje ze wspomnianym bestiami, bylo ciagle (podkreslam slowo ciagle) ujadanie (czy tez pisko-jeko-kwilenie). Wniosek: Bestie maja wiecej mocy w gebie niz KOBIETY (co niektorym moze wydac sie nieprawdopodobne)!
Wniosek nr 2: Na uciszenie bestii NIE DZIALA polewanie ich w nocy woda przy uzyciu weza przerzuconego przez sciany ogrodzenia! Niestety.

PODZIEKOWANIA:

Podziekowania dla fotoreportera Pan Pawla, ktorego zaciecie fotograficzne pozwolilo na zobrazowanie bestii oraz ich kryjowek, a ktorego praca w wielkiej mierze uswietnila powyzszy , skromnie powiem – boski reportaz.

Podziekowania kieruje rowniez dla Szanownych Czytelnikow, ktorych empatia i zrozumienie wesprze nas w dalszym obcowaniu z MEKSYKANSKIMI BESTIAMI obu kategorii.