czwartek, 8 kwietnia 2010

Z pustyni do puszczy

Po 2 dniach spedzonych w goracej Oaxace dotarlismy nocnym autobusem do San Cristobal de las Casas w stanie Chiapas. Zamierzamy tu nabrac troche oddechu po intensywnym zwiedzaniu zabytkow w polpustynnym stanie Oaxaca.
W skwarze i duchocie wtorkowego poludnia przemierzylismy stare miasto Monte Alban, ktore Zapotekowie wybudowali na szczycie gory, na uprzednio scietym przez nich wierzcholku. Do tej pory nie potrafimy sie nadziwic co sklonilo ich przywodcow, aby postawic miasto w tak naslonecznionym miejscu.
Nastepnego dnia skorzystalismy z zorganizowanej wycieczki do El Tule, w ktorym znajduje sie drzewo o najszerszym na swiecie pniu; Mitli z palacem zdobionym dekoracjami specyficznymi dla Zapotekow; Hierve el agua, ktore przypomina wodospad, jednak jest tylko oblepiona mineralami skala. W miedzyczasie udalo nam sie takze zobaczyc warsztat produkcji welnianych dywanow, gdzie stosuje sie metody zgodne z tradycjami indianskimi oraz fabryke mezcala.
W przeciwienstwie do poprzednich miejsc, w ktorych bywalismy, Oaxaca wydala nam sie niebiem na ziemi. Sprzedawcy spokojnie pilnowali swoich poletek i nie przekrzykiwali sie jeden przez drugiego. Spokojnie mozna bylo przejsc przez targ bez ciaglego nagabywania kupczykow. Skorzystalismy z okazji i wsparlismy potepiane, lecz tolerowane tutaj piractwo, kupujac argentynskie reggae.

niedziela, 4 kwietnia 2010

W podrozy

Tak... Piszemy do Was z portu w Veracruz, po przepysznym sniadaniu (jajkach a jakze!) i smacznej kawie LECHERO serwowanej na sposob veracruzanski.

Od czwartku zwiedzilismy juz Pueble, Cholule oraz Africam Safari polozone na poludnie od Puebli. Aby dostac sie do miasta naszego obecnego pobytu, wypozyczylismy auto w Puebli. Ten sposob podrozowania pozwolil nam zobaczyc najwieksza gore Meksyku Pico de Orizaba oraz dotrzec do Portu Veracruz.

Port jest piekny, jednak ze wzgledu na dlugi weekend swiateczny miasto nawiedzily tlumy. Trudno jest odnalezc sie z tej masie ludzi, jednak mimo to zauroczyly nas pary tanczace DANZONa na ulicach oraz restauracyjki podajace krewetki w panierce lub koktajle z krewetek zlozone m.in. z keczupu i FANTY, hihi.

Mamy nadzieje,ze nasze europejskie zoladki wytrzymaja miesieczna probe zmagania sie z kulinarnymi specjalami Meksyku, bo sprobowaly juz np. CHAPULINy (koniki polne grilowane z chili). Tak, tak, dalismy rade ich skosztowac. Dla niedowiarkow mamy zdjecia dokumentujace owe zdarzenie.

Podrawiamy i wkrotce damy znac z Oaxaca. Pa!

niedziela, 28 marca 2010

Pozegnania

Wraz z koncem marca konczy sie nasza ponad poltoraroczna przygoda z Queretaro. Nadszedl czas na ostatnie pozegnania, prezenty, a dzis juz nawet pakowanie.

W zeszly weekend pozegnalismy sie z Victorio i cala jego rodzina. Zjedlismy z nimi przepyszny posilek zlozony z przysmakow meksykanskich oraz polskich pierogow.
Nie musimy wspominac ze wyszedl z tego smieszny mix: pierogi z kwasno-ostrym sosem z zielonych pomidorow i chili. Trzeba jednak przyznac, ze dalo sie to pogodzic.
Ponizej zalaczamy zdjecie rodzinki.



Oddalismy tez hold miastu Queretaro, uczestniczac w nocnym spacerze po miescie i sluchajac legend o slynnych postaciach zwiazanych z miastem.





Na zakonczenie zalaczamy mapke z trasa naszej miesiecznej podrozy po Meksyku, ktora zaczynamy 1 kwietnia w Puebli a konczymy wylotem do Polski 30 kwietnia.



Do zobaczenia w Polsce!

Koncert


Z weekendu spędzonego w stolicy wróciliśmy bardzo zadowoleni ale i mocno zmęczeni. Nasz kolega Hiszpan bardzo wziął sobie do serca opowieści o porwaniach obcokrajowców w Mexico City przez taksówkarzy. Po koncercie metro juz było nieczynne wiec szlismy kilometrami do hotelu nieciekawymi dzielnicami. W koncu i tak zmuszeni bylismy wsiąść do taxi bo spacer zająłby nam calą noc.
A koncert Coldplay, mimo ze spokojnieszy i cichszy niz te w Polsce, bardzo nam sie podobał. Impreza odbyła sie na stadionie baseballa Foro Sol.







Przywyklismy juz do wszechobecnych sprzedawców w Meksyku. Ci na koncercie byli wyjąkowi, bo byli w stanie przekrzyczec wokalistę głośnym „Cerveza!!!”



Następnego dnia odwiedziliśmy muzeum malarki Fridy Kahlo, które miesci sie w domu, gdzie kiedys mieszkala. Najbardziej zaskakującymi eksponatami były dla nas portrety na łózkiem Fridy (Stalina, Lenina, Mao i Trockiego) oraz obrazy z jej wizerunkiem, na ktorych podkreślony byl piękny wąs :) . Okazuje się, że malarze często przedstawiali kobiety z wąsem aby podkreślić, ze dana kobieta nie jest indianką (indianki nigdy nie maja zarostu). Rasizm w Meksyku niestety do dziś jest bardzo mocno widoczny.
Zdjecia w muzeum mozna bylo robic tylko na dziedzincu.



piątek, 5 marca 2010

Ach!

Z naszych doswiadczen wynika, ze dostep do wszelkiej dzialalnosci rekreacyjnej w Meksyku jest bardzo ograniczony.

Nasze pierwsze proby uprawiania sportu wygladaly bardzo kiepsko. Z tego powodu jedyna scianka wspinaczkowa w Queretaro, miescie milona mieszkancow, stoi ... zamknieta i ani razu nie zostala przez nas wyeksploatowana. Mimo usilowan. Trzeba zaznaczyc, ze czas otwarcia i cena sa zaporowe, nic dziwnego ze nie stac na nia mieszkancow.

Podobnie bylo z probami znalezienia miejsca gdzie mozna by bylo pojezdzic na rolkach. Wiele weekendow spedzonych na poszukiwaniach nie dalo rezultatow, a rolki wrocily z emigracji przy pierwszym powrocie do Polski.

Tak samo ma sie rzecz z dostepem do atrakcji muzycznych. Mija juz prawie rok jak nieudolnie szukalismy biletow na jeden z trzech koncertow grupy Metallica. Dlatego za wielkie osiagniecie uwazamy znalezienie na internecie notki o koncercie Coldplay.

O dziwo, tym razem z dostepnoscia biletow na koncert nie bylo problemu. Problem pojawil sie przy dokonywaniu zakupu. Po wybraniu dnia oraz miejsca koncertu okazalo sie, ze niestety strona internetowa nie obsluguje zagranicznych kart kredytowych. Co wiecej, na nic zdalo sie posiadanie kart debetowych meksykanskich. Wsrod znajomych postanowilismy poszukac posiadacza utejszej karty kredytowej, aby on wyreczyl nas przy zakupie biletow. Przy okazji dowiedzielismy sie o bardzo interesujacym procederze przyznawania kart kredytowych w Meksyku. Ponoc jednym z glownych warukow jest posiadanie w rodzinie kogos kto juz takowa karte posiada. W tym przypadku nie wydaja nam naszej wlasnej karty kredytowej, a tylko powiekszaja limit kredytowy i dziela go na dwoch jego uzytkownikow. Wracajac do tematu, sprobowalismy poprosic o pomoc Cezara, ktory jest szczesliwym posiadaczem karty kredytowej. I tu pojawil sie kolejny problem. Cezar pochodzi z polnocnego Meksyku i bilety, po ich oplaceniu, zostalyby wyslane do najbardziej znanego meksykanskiego miasta Ciudad Juarez. Mozliwosci zmiany adresu dostawy nie bylo. Musielismy szukac dalej. Napatoczyl sie w miedzyczasie kolega z Hiszpanii, ktory postanowil do nas dolaczyc w dniu koncertu. Jednak i on nie posiadal zdolnosci do zakupu biletow. Wreszcie poprosilismy jego kolege o pomoc. Tym razem poszlo bez problemow i po paru godzinach bilety zostaly zamowione z opcja wysylki na adres posiadacza karty.

Czas mijal, a bilety nie przychodzily. Po okolo 3 tygodniach zaczelismy martwic sie czemu zamowiona przesylka nie dochodzi. Niezbedny okazal sie telefon do sieci sprzedajacej bilety i zapytanie ich o powod braku wejsciowek. To co uslyszelismy powalilo nas z nog. Biletow przesylac wam nie bedziemy, jednak mozecie je odebrac w pewnej sieci... APTEK.Zonk.

Dzis ostatecznie bilety dostalismy i odetchnelismy z ulga. Jutro w poludnie wyruszamy na koncert bezkonkurencyjnego Coldplay. Czeka nas zapewnie jeszcze niemalo niespodzianek, zwlaszcza przeprawa taksowka w nocy do hotelu, co jest tu juz swego rodzaju przygoda ze wzgledu na opowiesci o czestych porwaniach przez wlasnie taksowkarzy. Nie omieszkamy zdac relacji z jutrzejszej nocy, a poki co dolaczamy zdjecie naszej zdobyczy...

wtorek, 23 lutego 2010

Pochod byka :)

Mielismy zabrac sie za niniejszy wpis juz duzo wczesniej, bo wydarzenie o ktorym mowa mialo miejsce juz 7 lutego. Niestety, zawirowania w pracy i odpoczynek po zawirowaniach nie pozwolily nam tego wczesniej uskutecznic.

Ale wracajac do tematu... Rzecz dziala sie w El Pueblito, gdzie od poczatku lutego trwalo swieto Matki Boskiej z El Pueblito, to samo, na ktore rok temu przypadkowo trafilismy z Kinga i Michalem. Tym razem znalismy schemat swieta i bylismy bardziej wtajemniczeni w jego obchody.

Tym samym, wiedzielismy o chyba najwiekszej atrakcji czyli o tak zwanym Paseo de Buey (pochodzie byczka). Najwiekszym minusem tego wydarzenia byla wczesna pora, o ktorej wspomniany spacerek mial sie odbyc. O godzinie 9 rano w niedzielny poranek mielismy znalezc sie w centrum Pueblito w poszukiwaniu bohatera dnia, ktory jak nam opowiedziano mial byc odswietnie ubrany w... warzywa i tequile. Oczywiscie zlokalizowanie pochodu nie bylo wcale trudne ze wzgledu na tlumy oraz tradycyjna orkiestre. Gorzej bylo dostac sie w poblize zwierzaka.

Tradycja mowi, ze w niedziele rano kilku wystrojonych mezczyzn ma poprowadzic ulicami miasteczka byka, ktorego nastepnie zabija sie oraz gotuje sie z niego i z warzyw niesionych przez niego na grzbiecie rosol. Zupa rozdawana wszystkim chetnym w poniedzialek na ulicach miasta za darmo.

Ponizej zamieszczamy kilka fotek uwieczniajacych nasz niedzielny poranny spacerek.











Oczywiscie podczas swieta nie zabraklo tutejszych przysmakow: churros i chleba z orzechami.

wtorek, 16 lutego 2010

Dotknąć sniegu

Dzisiaj bedzie o powrocie z wulkanu, który był dla nas troche zaskakujący. Samochód czekał na nas zaparkowany powyżej przełęczy, na ktorej rozpoczyna sie droga asfaltowa prowadząca do Mexico City. Aby sie tam dostać trzeba zjechać kilaka kilometrów wąską, wyboistą drogą. W tym dniu, przy opadach śniegu zjazd utrudniały duże ilości błota oraz … Meksykanów. Ruch jak w centrum dużego miasta na wysokości 4 tysięcy metrów był spowodowany burzą śnieżną. Ludzie za wszelką cenę i różnymi pojazdami pchali się do miejsca, gdzie można było zobaczyć i dotknąć prawdziwego sniegu (ten nieprawdziwy to deser w postaci zeskrobanej bryly lodu polanego sokiem owocowym). Najbardziej zdziwił nas widok sportowych motocykli w takim miejscu. Jak widać CBR’ki jako maszyny terenowe spisują się calkiem niezle.




Inną ciekawostką były bałwany lepione na samochodach. Chodziło o to, by dowieźć bałwana na niziny i pochwalić się sniegiem gdzie go niegdy nie widziano. Nielicznym się ta sztuka udała i rzeczywiście snieg robił niesamowite wrażenie na mieszkancach miasta. Widzielismy starszą kobiete, która wlazla na srodek drogi, żeby pogłaskać bałwana.


Ostatni widok na trzecią górę Meksyku.